|
Caroline Janice Cherryh
Przybysz
. Księga 2 . Rozdział 3 .
Manadgi pomyślał, że to może
tchórzostwo powstrzymało go przed zejściem w dolinę. Może to ostrożność
przekonała go, w ciszy, która na jego oczach ogarnęła budynki wraz z zachodem
słońca, że spędzenie nocy na obserwacji i rozmyślaniu może pomóc mu zrozumieć.
Jeden budynek miał okna. Większość ich nie miała. Oglądane
z tej odległości okna, ich rozmiary i wysokość, niewiele mu mówiły. Widział
pojedyncze poruszenia żywych istot między budynkami przed zapadnięciem zmroku, a
czasami po jego nadejściu.
Widział drapieżne maszyny krążące po stworzonej przez
siebie pustyni. Żadna nie zbliżyła się do niego, może dlatego, że usadowił się z
dala od ich śladów, których robienie było najwyraźniej zadaniem maszyn na całym
obszarze, robienie całej sieci śladów, jakby liczyło się nie tyle dotarcie do
danego miejsca, ile stworzenie jak największej liczby szlaków w sąsiedztwie
budynków.
Ale czy pustynia była im potrzebna do chodzenia?
A może takie ogołacanie ziemi miało dla księżycowych osób
jakiś sens? Może bały się przybycia jakichś wrogów? Może chciały, żeby szpiedzy
nie mieli się gdzie ukryć?
Może chciały pochwalić się zniszczeniem albo - jakaż to
wstrętna myśl - dostarczało im ono przeżyć estetycznych.
Mógłby podejść do budynków, jak zamierzał, i przedstawić
się jakiejś władzy. Ale niszczenie z powodów estetycznych... ta myśl go
powstrzymała.
Poniżej jego kryjówki przejechała maszyna, oświetlając
zrytą ziemię i trawę rosnącą przy granicy zniszczeń światłem tak jasnym, jakby
rzucało je zaszłe właśnie słońce. Maszyna nie miała kół, lecz pełzła na
połączonych ze sobą płytkach. Jej przednią część tworzył sztywno wyciągnięty
szpon. Mógł służyć do kopania lub zdzierania ziemi. Mogła to być broń.
Na pewno nikt nie chciałby do tego czegoś podejść i zapytać
o zamiary.
Promień światła uderzył w skały i pobiegł wzdłuż wzgórza.
Manadgi wstrzymał oddech, nie śmiejąc się poruszyć. Powiedział sobie, że ktoś na
pewno tą maszyną kieruje, ale ruchy tych świateł miały w sobie coś tak
niepokojąco mechanicznego, że od samego patrzenia przebiegały go ciarki.
A co, zapytał się w duchu, jeżeli takie maszyny są jednak
mechaniczne? Co, jeśli ich właściciele po prostu je puszczają, żeby czyniły
zniszczenia, zdając się na los i nie przejmując się, co lub kogo niszczą?
Ze szczękającej maszyny wystrzelił do tyłu promień światła.
Robi się gorąco, pomyślał Manadgi i zaczął się wycofywać - po czym nagle się
zatrzymał, dojrzawszy wśród krzewów i trawy, na zboczu tuż poniżej, błysk szkła
i gładkiego metalu.
Oko, pomyślał, pojedyncze oko jakiejś maszyny sterczące w
trawie, na razie nieruchome, być może jeszcze nie wiedzące o jego obecności.
Przyszedł tu, żeby ostrożnie się zbliżyć. Ale nie do czegoś
takiego. Na pewno nie do czegoś takiego. Wstrzymał oddech, zastanawiając się,
czy ośmieli się poruszyć albo czy poruszy się oko, albo od jak dawna już tu
tkwiło przed tym, jak wydobyło je z mroku światło maszyny.
Porośnięty krzakami teren, na którym zniknęła szponiasta
maszyna, był teraz pogrążony w ciemności. Manadgi siedział niewygodnie skulony,
gotów wycofać się, wątpiąc, czy się na to odważy, zastanawiając się, czy gdzieś
nie czai się z mechaniczną cierpliwością jeszcze jedna taka maszyna albo czy
takie oczy nie znajdują się wszędzie wśród trawy i skał i czy jakoś udało mu się
je ominąć, będąc nie zauważonym. Z drżeniem pomyślał, że od niego zależy los
osób ważniejszych niż on i że szanse na powodzenie zależą od jego pomyślnego lub
niepomyślnego wyboru, od sumy obcych uczestników zdarzenia, których liczby
zupełnie nie potrafił określić, oraz że wszystko czeka na jego decyzję
puszczenia, lub nie, wydarzeń w ruch, na dobre czy złe dla aijiego, od którego
zależało życie wielu, wielu osób.
To jasne, że księżycowe istoty nie mają prawa wdzierania
się na ziemię Tachi, będącą we władaniu aijiego. W swojej arogancji i dzięki
swej potędze wywołały zniszczenia i zagroziły mieszkańcom całej Ziemi - i to od
niego zależała decyzja, jak postąpić, czy ryzykować, że temu oku wyrosną nogi,
na których pobiegnie złożyć raport, albo że zaalarmuje głosem inne oczy i wezwie
szponiastą maszynę do powrotu na to zbocze.
Jak dotąd oko nie zrobiło nic z tych rzeczy. Może jest
nieczynne. Może nie stanowi całej maszyny, może jest tylko częścią uszkodzonego
urządzenia. Jeśli spadli z nieba, to może jeden z żagli - kwiatów zawiódł i
takie oko rozbiło się na skałach.
Ledwo oddychał, cichutko się wycofując, wpatrując się z
napięciem swoimi śmiertelnymi oczyma w oko i zadając sobie w duchu pytanie, czy
oko może mieć uszy, którymi usłyszałoby szelest ubrania lub oddech albo -
wydawało mu się to możliwe - bicie jego serca? Oko jednak tkwiło w ciemności,
może oślepłe, może śpiące - albo tylko udawało. Czy mechaniczne przedmioty
słyszą, węszą albo myślą?
A skąd wiedziałyby, jak się poruszać? Czy same się włączały
i wyłączały? To wydawało się niemożliwe.
Oko przynajmniej było nieruchome. Manadgi wstał i z
największą ostrożnością ruszył pod górę, na szczęście nie natykając się w trawie
na żadne inne oczy.
Schronił się w jakimś zagłębieniu bliżej szczytu, między
nie uszkodzonymi jeszcze skałami, żeby zaczerpnąć tchu i uspokoić się.
Stwierdził w duchu, że aiji powinien wysłać jednego ze
swoich zabójców, a nie mówcę - powinien wysłać kogoś ze straży, kogoś
przyzwyczajonego do ryzykownych akcji, kto wiedziałby, jak się cicho poruszać i
jak ocenić niebezpieczeństwo.
Może, wyraźnie zobaczywszy, że sprawa leży poza jego
zdolnością oceny, najmądrzej byłoby wycofać się na tym etapie i doradzić aijiemu
oraz hasdrawadowi wysłanie kogoś, kto potrafi prześlizgnąć się przez ten
zniszczony teren. On nie widzi możliwości bezpiecznego podejścia.
Czy jednak zaatakowała go któraś z maszyn? Czy maszyny
skrzywdziły dzieci albo czy Tachi mogli udowodnić, że takie krążące maszyny
zabiły jakieś zwierzęta z ich stad?
Musiał przyznać, że przed chwilą strach wpłynął na jego
osąd. Mechaniczne maszyny spustoszyły ziemię, ale nie atakowały osób czy
zwierząt, choć miały do tego sposobność. Dzieci, które je widziały, uciekły im
bez szwanku i nic nie szło ich śladem do wiosek. Pasterze, którzy obserwowali
lądowiska żagli - kwiatów, uciekli cali i zdrowi, nie gonieni przez maszyny
księżycowych osób.
Może więc te maszyny są głuche, a nawet bezrozumne, a on,
uciekając, postąpił głupio.
Cieszył się, że nie ma tu nikogo, kto byłby świadkiem jego
dylematu, kto widziałby, jak skulony w jakiejś dziurze w ciemnościach drży, i to
wcale nie z zimna.
Czy ma powiedzieć aijiemu i jego dworowi, że uciekł, nie
dokonując bliższych obserwacji? Szczycił się swoimi umiejętnościami obserwatora
i negocjatora. Czy nie może zebrać choćby przybliżonych informacji o liczbie i
położeniu, które pomogłyby hasdrawadowi w obradach, a aijiemu w wysłaniu
następnej, bardziej agresywnej misji?
Nie śmiał sporządzić błędnego sprawozdania ani poprosić o
zabójców, którzy we właściwy sobie sposób, zbyt szybko reagując na zagrożenie,
mogliby wbrew wszystkim zainteresowanym doprowadzić do wrogich posunięć.
Przyszedł tu, żeby po prostu zapytać księżycowe osoby, co robią, i zanieść ich
odpowiedź aijiemu. Zawsze zdawał sobie sprawę, że może zginąć przez pomyłkę lub
w wyniku wrogiego działania. Był gotów podjąć ryzyko, kiedy aiji zapytał go o to
w swoich bezpiecznych apartamentach.
Czy może się teraz wycofać, twierdząc, że maszyny stanowiły
dla niego zagrożenie, za jedyne usprawiedliwienie mając własne tchórzostwo i
wiedząc, że jego konkluzje zostaną uznane za przemyślane, co pociągnie za sobą
nieodwołalne następstwa?
Nie. Nie może. Nie miałby najmniejszego uzasadnienia. Aiji
dostrzegł u niego umiejętności predystynujące go do tej misji.
Manadgi miał
nadzieję, że aiji dostrzegł też u niego inteligencję, rozsądek i zaradność - nie
tylko dlatego, że to honor mieć taką opinię u aijiego, ale także dlatego, że
jego osobiste zdolności wydawały mu się w tej chwili bardzo mierne, noc była
zimna i nic w ciągu całego jego życia nie przygotowało go na taką sytuację.
następny |
|